11 kwietnia 2017

Zmartwychwstanie

Ateiści, liczni, choć pewnie nie wszyscy, lubią Wielkanoc. I pewnie podobnie, jak przy świętowaniu przesilenia zimowego, ściągają z tego powodu na siebie cięgi oburzonych wyznawców Chrystusa. Jeśli więc lubicie nagotować żurku z białą kiełbasą i pomalować pisanki, nie żałujcie sobie tego. Warto uświadomić chrześcijan, że nie mają i nigdy nie mieli monopolu na to piękne Święto Wiosny. 

Ja też bawię się w Wielkanoc. Oczywiście bez krzty duchowości i boskiej obecności. Ktoś powie – hipokryzja! Ano nie! A dlaczego nie? Gdyż święto Wielkiej Nocy, podobnie jak angielskie Easter, czczono na długo przed narodzinami Jezusa. Jak to? - spyta oburzony katolik. A tak to, że nie istnieje takie religijne święto w naszym kalendarzu, które nie zostałoby wymyślone i wciśnięte w kalendarz w miejsce wcześniejszego święta kultów "pogańskich", zaś wszelkie ulubione przez lud tradycje i obrzędy okazały się silniejsze niż, łatwe do zastąpienia nowymi, mity i wierzenia. Wyplenienie więc z umysłu wiary w mistykę, wcale nie zmusza mnie do zarzuceniu farbowania jajek... Traktuję to podobnie, jak tradycję robienia Marzanny przez polskie dzieci, Marzanny, która była przecież przedchrześcijańskim demonem śmierci. Ciekawe, że Kościół tak mocno potępia Halloween, a lanie wosku w Andrzejki i topienie czy palenie Marzanny, nawet jeśli wywołują niepokój w zabobonnych umysłach kleru, to nie powodują owych histerycznych reakcji medialnych, z jakimi mamy do czynienie co roku przed nocą duchów. 
Jajko, a nawet pisanka, zając, baranek, oblewanie się wodą, chrzan i rzeżucha… to wszystko tradycje i symbole dużo starsze niż religia chrześcijańska, która zaanektowała je, rozlewając się po Europie i próbując, jak widać nieskutecznie, wyplenić nawyki chrystianizowanej gwałtem ludności. 

Czymże jest więc dla mnie święto równonocy i czym było w wielu kulturach nim zyskało nową, bardzo zresztą bliską pierwotnej, symbolikę? Było świętem wiosny, odrodzenia, płodności, można się nawet pokusić o określenie – zmartwychwstania natury (i wyprowadzić literacką analogię postaci Chrystusa jako jej personifikacji). Po długiej zimie, która pod koniec wymuszała poszczenie (tak, post to nie jedynie wymysł Kościoła ku usprawnieniu ducha, a wynik odwiecznej konieczności związanej z wyczerpywaniem się zapasów i ograniczeń uboju), następował magiczny moment, kiedy to dzień zrównywał się z nocą i zaczynał się nowy cykl wegetacji. Jajka, woda, zając… miały zapewnić powrót wiosny, która pozwoli siać, zbierać, da przeżyć nowemu pokoleniu zwierząt, a tym samym ludziom.

Ślady tego prymitywnego, wynikającego z obserwacji natury święta znajdziemy w większości religii. Wywodzi się ono z czasu, gdy życie człowieka było podporządkowane cyklowi życia przyrody, gdy śledząc jej regularne przemiany próbował sobie odpowiedzieć na pierwsze filozoficzne pytania o naturę świata. Tworzył obrzędy, które miały mu dać wrażenie panowania nad przyrodą i potwierdzać zdolność przewidywania jej zjawisk i przemian, a gdy to okazało się chwiejne, zaczął przypisywać siłom natury cechy rozumne i celowe, by w końcu wymyślić sobie bogów na swoje podobieństwo. Bogowie ewoluowali, jak wszystko, co człowiek stworzył, aż do tych postaci, które znamy z czasów historycznych i współczesnych.
W moim świętowaniu wracam więc do początku i oddaję hołd naturze, imponującej, przerażającej i wszechpotężnej, choć całkowicie bezrozumnej, bezdusznej i zupełnie obojętnej na nas, jej maleńką i niewiele znaczącą część, która ma jednak niepospolitą zdolność - podziwiania.

Analogie między rozmaitymi tradycjami pogańskimi z różnych zakątków świata, żydowską Paschą a świętem Zmartwychwstania Pańskiego, jak powinno się po chrześcijańsku nazywać Wielkanoc, nasuwają bardzo ciekawe refleksje i pozwalają zrozumieć, jak z prób oswojenia i zrozumienia natury rodziły się wierzenia, a potem zmieniały się w coraz to bardziej alegoryczne wyobrażenia, jak ewoluowała w umyśle człowieka i w kulturze postać religii. Zachęcam wszystkich do takich poszukiwań, w wierzących do podjęcia próby zrozumienia, skąd wzięli się bogowie. 


Dorota Mentecka-Janek


pisanki - pradawny symbol witalności i płodności 



31 marca 2017

Czy można przekonać olbrzymów?

Rozwój intelektualny i moralny nie jest możliwy bez stawiania sobie trudnych pytań i szukania na nie odpowiedzi. Na tym powinno w dużej mierze polegać wychowanie w rodzinie, ale przede wszystkim w systemie edukacji - na samodzielnym rozważaniu przez młodzież dylematów, które stawiali sobie filozofowie od zarania dziejów, na budowaniu swoich własnych świadomych systemów wartości, uczeniu się rozumienia postaw innych niż nasza własna, podejmowaniu dyskusji w kwestiach światopoglądowych i etycznych, kwestionowaniu tego, co przyjęte a niesprawdzające się.

Dobrą okazję do tego stanowią lekcje etyki w szkole. Zaś doskonałym wsparciem dydaktycznym jest nowa propozycja książkowa wydana przez Fundację Wolność do Religii. 


"Czy można przekonać olbrzymów?" nie jest książką do czytania, nie jest to też książka, która daje odpowiedzi i gotową wiedzę. Wypełniona znaczącymi, zmuszającymi do myślenia rysunkami i korespondującymi z nimi, pojedynczymi pytaniami, inspiruje odbiorcę do stawiania sobie ważnych pytań i rozważania ich samodzielnie lub w grupie dyskutantów. Propozycja zainteresować powinna dorosłych w ich drodze samodoskonalenia, a głównie rodziców i nauczycieli, którzy szukają ciekawych materiałów wspierających edukację filozoficzną swoich dzieci. 


Rozważania, do których prowokuje książka mogą pomóc nie tylko zrozumieć świat, zbudować samego siebie, ale także wstrząsnąć tym, co, trwając na mocy bezrefleksyjnie przyjętej tradycji, może hamować i niszczyć. Zdolność zadziwiania się, stawiania pytań i szukania odpowiedzi to coś, co wyróżnia człowieka spośród innych zwierząt i dzięki czemu osiągnęliśmy tak wysoki poziom rozwoju cywilizacyjnego. W wychowaniu kolejnych pokoleń nie wolno nam zaniedbać nauki samodzielnego i krytycznego myślenia.


Nie uczmy więc dzieci przyjmowania bezrefleksyjnie norm i zachowań, ale zachęcajmy je  do nieustannego rozważania, kwestionowania, zastanawiania się, aby przez całe życie budowały świadomość świata, siebie, zachowań innych ludzi, a któregoś dnia może uda im się przekonać olbrzymów... 


Dorota Mentecka-Janek


28 marca 2017

Rekolekcje - obiekcje

Czas rzymskokatolickich rekolekcji wielkopostnych jest czasem budzącym liczne kontrowersje. Nie chodzi tu nawet o zdanie niewierzących i innowierców, którzy nagle czują się dziwnie nieswojo, gdy ich dzieci okazują się dla szkoły kłopotliwe. Kontrowersje budzi tu nie tyle fakt dominacji jednego wyznania, na którą trudno cokolwiek poradzić, ile kwestia przestrzegania prawa. 
Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej w sprawie warunków i sposobu organizacji religii w publicznych przedszkolach i szkołach:

§ 10. 
1. Uczniowie uczęszczający na naukę religii uzyskują trzy kolejne dni zwolnienia z zajęć szkolnych w celu odbycia rekolekcji wielkopostnych, jeśli religia lub wyznanie, do którego należą, nakłada na swoich członków tego rodzaju obowiązek. Pieczę nad uczniami w tym czasie zapewniają katecheci. Szczegółowe zasady dotyczące organizacji są przedmiotem odrębnych ustaleń między organizujący-mi rekolekcje a szkołą. 

2. O terminie rekolekcji dyrektor szkoły powinien być powiadomiony co najmniej miesiąc wcześniej. 

3. Jeżeli na terenie szkoły prowadzona jest nauka religii więcej niż jednego wyznania, kościoły i związki wyznaniowe powinny dążyć do ustalenia wspólnego terminu rekolekcji wielkopostnych. 

Tymczasem w Polsce, w wielu szkołach utarł się zwyczaj traktowania rekolekcji jako elementu obowiązkowego programu nauczania, wpisanego na stałe w roczny plan pracy szkoły. O żadnych zajęciach dydaktycznych w tych dniach najczęściej nie ma mowy. Co więcej, nauczanie religijne, a nieraz nawet msza oraz spowiedź, odbywają się częstokroć na terenie szkoły. Rodzicom, którzy oponują, szkoła oferuje dla ich pociech jedynie opiekę, choć zgodnie z treścią rozporządzenia nic nie usprawiedliwia (z wyjątkiem ogłoszenia dni wolnych pozostających w dyspozycji dyrekcji), całkowitego zaniechania w tych dniach prowadzenia normalnych zajęć edukacyjnych. 

Wychowawcy i nauczyciele przedmiotowi są zobowiązani do opieki nad uczniami podczas rekolekcji. Pozostaje to nie tylko w sprzeczności z zacytowanym fragmentem rozporządzenia, które wspomina tylko o roli katechetów, ale łamie Art. 53  pkt 6 "Konstytucji RP" 

Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych. 

oraz "Ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania" Art. 6, pkt 2:

Nie wolno zmuszać obywateli do niebrania udziału w czynnościach lub obrzędach religijnych ani do udziału w nich

Większości szkół publicznych nauczycieli o zdanie nie pyta, a niewielu jest tak odważnych, by zaprotestować, zaś większość nie widzi problemu w tej utrwalonej tradycją praktyce łamania prawa i stosowania przymusu religijnego. Jak inaczej można bowiem nazwać traktowanie wyznania jako oczywistości? A tym są ogólnoszkolne rekolekcje. Nikt wcześniej nie zbiera od opiekunów pisemnych deklaracji, nie pyta o to, ile dzieci będzie chciało uczestniczyć w trzydniowej katechizacji. Rekolekcje rzymskokatolickie są traktowane jak twardy fakt, o którym się informuje. 

Oczywiście rodzic ma wybór. Może dziecko zostawić na świetlicy, gdzie nie powinno być poddawane religijnej indoktrynacji nawet w tych dniach. Może dziecku napisać usprawiedliwienie i zrobić mu dni wolne... Nie zbliży się jednak w ten sposób do przestrzegania przepisów prawa ani do realizacji marzenia o tolerancji różnorodności światopoglądowej, którą każdemu Polakowi gwarantuje Konstytucja. Ona jedna, bo rzeczywistość społeczna, szczególnie w sferze publicznej, wygląda tak, jakby ci, którzy powinni stać na straży przestrzegania prawa, albo go nie znali, albo kompletnie nie szanowali.
Dorota Mentecka-Janek



kolorowanka wielkopostna


18 stycznia 2017

Po śmierci zostanę... czyli co zrobić z ciałem, gdy nas już nie będzie

Życie po śmierci nie istnieje. Wiara w to, że świadomość może istnieć jako dusza i bytować gdzieś po śmierci organizmu, bez związku z materią jest po prostu mrzonką. Przyjęcie zaś takiego przekonania zmienia całkowicie podejście moralne do kwestii pochówku. Pośmiertne posiadanie własnego kawałka ziemi na cmentarzu z nagrobkiem z cennego kamienia, nawiedzanego przez pamiętającą rodzinę, która będzie zapalać na nim lampki pamięci i stawiać kwiaty, szorować z wosku i zamiatać z liści, staje się nawet nie tyle obojętne, co sprzeczne z poglądem o śmierci jako końcu życia. Racjonalistę pogodzonego z tym, że po śmierci przestanie być, cmentarze mogą przerażać, nie czymś mistycznym ani makabrycznym, ale kwestią całkowitej niepraktyczności ich istnienia, całe połacie ziemi pełne kamiennych płyt i krzyży. Znam starszych ludzi, którzy od prawie 20 lat utrzymują swój grób, opłacając miejsce, ale też pieląc, czyszcząc i odwiedzając  go regularnie... Może to jakaś metoda na oswajanie śmierci... a może jakaś straszna odmiana depresji... 

Postanowiłam zebrać dla Was sposoby, jak po śmierci można stać się czymś dobrym, czymś praktycznym i pożytecznym. Śmierć skończy Wasze świadome życie, ale może być też pięknym podsumowaniem Waszej humanistycznej postawy. 

HONOROWE DAWSTWO NARZĄDÓW

Nie żyjąc, możemy uratować życie innego człowieka. Możemy poprawić jakość tego życia, przedłużyć je lub posłużyć terapii, w szczególnych przypadkach ofiarujemy komuś po prostu drugie życie. Może nie tyle my, co genialni lekarze, ale za ich sprawą część nas, bezrozumna, lecz bardzo przydatna będzie żyła dłużej niż my.
Zgodnie z polskim prawem każda osoba, która nie zgłosiła za życia sprzeciwu w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów, jest traktowana jako potencjalny dawca narządów po śmierci. Przeszkodą okazuje się jednak często rodzina zmarłego. Warto nosić w portfelu deklarację woli. Można zgłosić się po specjalną plastikową kartę do fundacji i instytucji, które zajmują się promowaniem dawstwa i przeszczepów. Popularne są także sylikonowe bransoletki i tatuaże z pętlą przypominającą matematyczny znak nieskończoności zniekształcony jednostronnie w serce. Jednak oprócz formy wyrazu naszej woli, jaką wybierzemy za życia, najważniejsze jest tu poinformowanie wszystkich najbliższych o decyzji, jaką powzięliśmy, gdyż w tym przypadku, to oni ostatecznie wyrażą zgodę na transplantację. 

ŚWIADOMA DONACJA ZWŁOK

Plan numer dwa, nie wyklucza się z planem numer jeden. Gdy nic z nas nie przyda się już żyjącym, możemy poświęcić całą resztę nauce. Studenci uczelni medycznych muszą się na czymś wprawiać. Potrzebują zwłok do sekcji, do preparatów, które pokażą im, jak zbudowane są tkanki, komórki poszczególnych narządów. Na zwłokach dokonuje się eksperymentów, które pchają medycynę naprzód. Przez całe wieki człowiek był tajemnicą dla samego siebie, bo autopsja była zakazana. Możliwość zajrzenia do środka dokonała ogromnego postępu w badaniu, leczeniu, profilaktyce zdrowia i wiedzy o nas samych. 
Aby zostać dawcą zwłok po śmierci nie możemy liczyć na bliskich. Procedura jest tu bardzo jasna. Na stronach internetowych lub w sekretariatach uczelni medycznych można pobrać specjalny formularz. Należy go wypełnić i, co bardzo ważne, potwierdzić notarialnie. Tu również informujemy bliskich o naszej woli, zaś notarialnie potwierdzone oświadczenie składamy na wybranej uczelni. Po naszej śmierci, zwłoki zostaną odebrane przez uczelnię. Uroczystości pogrzebowe w takim przypadku odbywają się po dwóch latach, koszty ponosi uczelnia, a skremowane szczątki spoczywają w zbiorowej mogile hojnych donatorów. Nie ma jednak żadnego problemu, żeby rodzina urządziła sobie dowolne pożegnanie wcześniej i nawet ustanowiła grób czy miejsce w kolumbarium, w którym pochowa jakąś relikwię, dajmy na to: romantyczny pukiel włosów, jeśli nie podziela naszego zdania o obojętności wobec miejsca pochówku.

PO ŚMIERCI CHCĘ BYĆ DRZEWEM

Mamy w Polsce pewien problem z uwolnieniem się z odwiecznych zabobonów. Pewnie w związku z tym, tak trudno jest zmienić prawo o pochówku, obowiązujące niezmiennie od 1959 roku. W Polsce każdy zmarły musimy mieć grób, musi zostać pochowany. Skremowanych zwłok (prochy nie niosą zagrożeń epidemiologicznych) nie wolno przechowywać w urnie w domu czy rozsypać na polanie, nad morzem czy w lesie. Wielka to szkoda, gdyż taki romantyczny scenariusz "pogrzebu" pociąga bardzo wiele osób. To piękny symbol powrotu do natury, który czeka nas wszystkich, obojętnie, czy staniemy się pożywką dla bakterii i owadów jako pożywne gnijące w ziemi mięsko, czy też zmienimy się w gaz podczas spalania i kupkę prochu. Pamiętać trzeba o tym, że nawet jeśli wykona się wolę zmarłego i rozsypie prochy, to i tak trzeba mieć wykupione miejsce w kolumbarium czy w grobie na cmentarzu i dokonać pochówku pustej urny. Poza tym działanie takie, jako nielegalne, zagrożone jest karą aresztu lub grzywny. 
Obecnie coraz chętniej urny z prochami chowa się w kolumbariach. Jest to duża oszczędność miejsca, rozwiązanie skromne i estetyczne, które zmienia zwyczaje kultu zmarłych w Polsce.

Pięknym rozwiązaniem, które reklamuje już kilka polskich zakładów pogrzebowych jest bio urna, z której po śmierci, przy udziale naszych prochów, wyrośnie wybrane drzewo (lub inna roślina). 



Potrzeba jeszcze wielu lat, by taka forma pochówku została spopularyzowana i by powstały parki, w których te drzewa będą mogły faktycznie wzrastać. Czyż nie wspaniale byłoby ofiarować swoje szczątki jako pożywkę, nawóz dla organizmu tak potrzebnego światu, jak drzewo? Produkujące tlen, którym oddychają zwierzęta, oczyszczające powietrze z dwutlenku węgla, dające miejsce do życia, pożywienie i cień całej rzeszy drobnych organizmów, a tak niewiele różniące się swoim DNA od nas, ludzi?

BŁYSKOTKA

Ostatni przykład daleki jest od powyższych, szczytnych ideałów, jest w nim coś próżnego, ale i intymnego zarazem. Podaję go jako ciekawostkę. W niektórych krajach prochy po śmierci można przetworzyć w diament. Podobno są i w Polsce firmy, które robią coś takiego. Oczywiście i tutaj nie unikniemy obowiązku pochówku przynajmniej części prochów lub pustej urny. Taki "szlachetny" kamień można oprawić w biżuterię i nosić szczątki zmarłego ze sobą.


Słyszy się: "żeby tylko było komu na grób iść, znicz zapalić", "daleko mam swoich pochowanych, kto ich tam odwiedza?", "jak umrę, chodź na groby dziadków, bo jak ty nie zadbasz, to nikt nie zadba", "pochowaj mnie tu, żeby rodzina była blisko i komu o grób dbać"... Pamięć o zmarłym nie przekłada się na dbanie o grób. Potężny grobowiec czy bogaty pomnik rzadko pokrywa się z szacunkiem do zmarłego za życia. Polskie cmentarze to parki próżności, a program transplantologii wstrzymują zabobonne wierzenia Polaków. Może czas zweryfikować swój stosunek do tradycyjnego pochówku i kultu grobów?
Są zmarli, o których myślimy, choć nie byliśmy na ich grobach i jeśli się zastanowimy głęboko, to istnienie ich grobu jest bez znaczenia. Przykład prawie uniwersalny: Freddie Mercury, którego ćwierć wieku po śmierci kochają tłumy fanów, znających go za życia i nie, a który nie ma grobu, bo tak chciał. Istnienie grobu nie wzmocni pamięci o naszych bliskich, a czy jego brak może sprawić, że zapomnimy o kimś, kto był częścią naszego życia i o kim pamięć żyć będzie póki my żyjemy?


Dorota Mentecka-Janek

05 stycznia 2017

Dlaczego nie chrzcimy dzieci?

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może ujrzeć królestwa Bożego - tym słowom oraz opisowi działania, któremu miał się poddać trzydziestoletni Jezus, napotkawszy Jana nazwanego Chrzcicielem, jednego z licznych mesjaszów swoich czasów, przypisuje się genezę chrztu. 

Czymże jest ten magiczny rytuał polegający na zanurzeniu człowieka w wodzie, a dziś już tylko na pokropieniu nią czoła? Według Kościoła Katolickiego jest on duchowym aktem śmierci, pogrzebania i ponownych narodzin w Jezusie. Człowiek powtarza niejako śmierć Jezusa, by jak on zmartwychwstać, choć w odróżnieniu od niego jedynie duchowo, w tym wydarzeniu. Gest ten jest zarazem wyznaniem wiary, jak i darem wiary, oświeceniem w Duchu Świętym. 

Jak domyślają się nawet chrześcijanie, sama woda nie może mieć tego rodzaju mocy, gdyż jest jedynie płynnym związkiem dwóch pierwiastków, którego używamy regularnie do mycia głowy i zanurzania w nim naszego ciała, nie ryzykując przypadkowym ochrzczeniem się. Wierzący muszą więc widzieć mistyczną moc chrztu nie w wodzie, a w słowach wypowiadanych w czasie aktu oraz w samej woli bycia ochrzczonym. Niektóre odłamy chrześcijańskie uznają na tej podstawie chrzest w Duchu, który ma polegać na samoochrzeczeniu poprzez modlitwę i pragnienie bycia chrześcijaninem. 

Dlaczego więc chrzci się dzieci, które nie mogą mieć woli należenia do wspólnoty religijnej i woli zmartwychwstania w Chrystusie, a nawet woli bycia ubranym w niewygodne białe wdzianko i moczenia głowy publicznie? 

W 202 roku Septymiusz Sewer, wybrany wcześniej przez żołnierzy cesarzem rzymskim, zakazał konwersji na chrześcijaństwo i judaizm. Nie pierwszy i nie ostatni raz okazało się, że rygory mają moc odwrotną do zamierzonej. Zakaz zawsze wywołuje opór, dlatego nigdy nie posiądzie siły propagandy czy nawet edukacji. Rosnąca w siłę sekta chrześcijańska wymyśliła bowiem sposób na obejście radykalnego prawa. Skoro przejście dorosłych na nową religię ma być karane, trzeba chrzcić niemowlęta. Zrodzone i wychowane w wierze, ochrzczone niemal od urodzenia, nie będą wszakże konwertytami, zaś coraz popularniejsza pod jarzmem rzymskiej okupacji herezja judaistyczna zyska tłumy wyznawców. Tak Septymiusz, chcąc zdusić niebezpieczne trendy społeczne w zarodku, umocnił niechcący pozycję sekty obiecującej ludności zniewolonego narodu wolność... po śmierci. To nie koniec ironii tej historii, bowiem to Septymiusz rozpoczął odbudowę (nota bene zburzonego przez samego siebie) Bizancjum, a jego plan podchwyci w przyszłości Konstantyn Wielki, przemianowując niedoszłe dzieło Sewera na Konstantynopol i czyniąc je stolicą nowej oficjalnej religii, tak uparcie zwalczanej przez swoich poprzedników na tronie cesarstwa. 

Trudno uznać chrzest za wyznanie wiary, kiedy dotyczy on dziecka. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne wydaje się, aby chrzest był przyczyną wiary, jej darem, jak twierdzi Kościół. Jakże bowiem wytłumaczyć całą rzeszę ludzi, którzy mimo otrzymania tego daru wiary, dorastając, zyskując świadomość, ucząc się i zaczynając myśleć samodzielnie, spostrzegają w końcu brak boga, niemożliwość jego istnienia lub choćby kwestionują formę, jaką bogu nadał Kościół Katolicki? Przecież zmyto z nich grzech pierworodny i oświecono ich, jakże więc mogą wrócić do stanu, w którym bóg nie istnieje? 

Kto dzisiaj wierzy w mistykę chrztu, w to, że za sprawą wody i słowa dokonują się ponowne narodziny człowieka? Kto wierzy, że kąpiel i wierszyk mogą zapewnić zbawienie? Kto wierzy, że bez chrztu trafia się w nicość, otchłań, do piekła... a może tylko do czyśćca, o którym nie ma słowa w Biblii, bo Kościół wymyślił go w XII wieku, żeby zarobić na odpustach? W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że w XVIII wieku Kościół doszedł do wniosku, że dusze zmarłych dzieci nieochrzczonych znajdują się w otchłani, ale papież Benedykt XVI uznał to za niesprawdzoną „hipotezę teologiczną” i od kilku lat Kościół głosi, że istnieją "poważne podstawy teologiczne i liturgiczne do nadziei, że dzieci zmarłe bez chrztu doznają zbawienia i zażywają błogosławionego szczęścia". Myślę, że podobne „poważne podstawy teologiczne i liturgiczne do nadziei” kazały wymyślić czyściec i dogmat o niepokalanym poczęciu i wiecznym dziewictwie. „Podstawy do nadziei” nie brzmią jednak ani trochę poważnie w świecie weryfikowalnej nauki. 

Mimo działań Kościoła, usilnie palącego na stosach milowe kroki ludzkiej myśli, w tym dzieła swoich najwierniejszych przecież duchownych (np. Mikołaja Kopernika) czy nawet ich samych, żywcem (np. Giordano Bruno), mimo zaprzeczania początkowo odkryciom geograficznym (by potem wykorzystać je okrutnie), które po raz pierwszy ukazały świat niezgodny z Pismem Świętym, mimo bronienia się przed rewolucją naukową, teorią doboru naturalnego, odkryciami paleontologicznymi i antropologicznymi, podbojem kosmosu, tłumaczeniem Biblii na języki narodowe i jej analizie przez zwykłych ludzi, wbrew Inkwizycji, stosom i zakazom, człowiek jest nadal tym samym stworzeniem, którym był u zarania gatunku – bytem ciekawym, pytającym i szukającym odpowiedzi. Powszechność edukacji, swobodny przepływ informacji naukowych, globalizacja, indywidualizm i dobrobyt... sprawiły, że Kościołowi coraz trudniej przekonać ludzi, że cokolwiek w jego założeniach, regułach, historii, a nade wszystko w wierzeniach trzyma się kupy. 

Nawet w Polsce, gdzie Kościół Katolicki należy dziś nie tyle do porządku wierzeń, co tradycji, w ostatnich latach spada tendencja do chrzczenia dzieci. Argumenty są bardzo różne. Coraz więcej z nas jest po prostu ateistami i niechrzczenie jest dla nas naturalne. Coraz więcej z nas występuje z Kościoła nie tylko z powodu niewiary, ale i niezgody na działanie Kościoła poza prawem (brak jasnego rozliczania dochodów, systemu opodatkowania, chronienie sieci księży pedofilów), obłudy duchownych i coraz nachalniejszej ingerencji Episkopatu w życie publiczne i prywatne obywateli. Coraz więcej z nas, chce aby ich dzieci miały w dorosłym życiu wolny wybór – pasji, zawodu, partnera, miejsca do życia, a także światopoglądu i przynależności do wszelkich grup, także wyznaniowych. Wiele osób wierzących zaczyna rozumieć, że narzucenie niemowlęciu swojej religii jest tyranią. Natomiast pokutujący pogląd „ochrzcijmy, najwyżej potem zrezygnuje” okazał się chybiony w zderzeniu z rzeczywistością i trudnościami, jakie Kościół Katolicki w Polsce czyni osobom chcących wystąpić z jego struktur. Jest to bowiem jedyna instytucja, na którą organy władzy państwowej, a w tym Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, nie mają żadnego wpływu. Kościół bowiem, nawykły do zupełnego braku logiki i swobodnej interpretacji prawa, nie widzi powodu, aby wymazać ze swych ksiąg osoby deklarujące wystąpienie. Obawia się chyba, że jak nie będzie to zapisane, to wszechwiedzący Pan Bóg może zapomnieć, że „raz katolik, zawsze katolik” i komu należy się piekło... a może jedynie o to, że nagle okaże się kolosem na glinianych nogach, siłą znacznie wątlejszą niż ta, która rości sobie prawo do miliardów złotych rocznie z polskiego budżetu i wpływu na polską rzeczywistość, powołując się na statystyki ochrzczonych, czyli zapisanych do Kościoła.  

Jednym z efektów tej tendencji jest internetowa grupa „Nie chrzczę” powstała na Facebooku, jako miejsce wsparcia osób, które rozumieją, że chrzest dziecka nie daje nic, poza zawyżaniem faktycznej liczby wiernych Kościoła Katolickiego oraz stratą pieniędzy, tak prywatnych, jak i publicznych. Reprezentanci trzech tysięcy rodzin polskich dołączyli do tej pory do grupy, by wzajemnie wpierać się w świeckim wychowaniu, racjonalnym myśleniu i walce z oporami środowiska przeciwko takiej reformie. Członkowie grupy wierzą, że od ich własnych decyzji i budowania własnego systemu wartości zależy przyszła zmiana kulturowa, zmiana na lepsze. Któregoś dnia pójdzie za nią zmiana prawa i religia stanie się sprawą całkowicie intymną, a nie niszczącą polskie prawodawstwo i nasycając relacje społeczne absurdalnymi konfliktami.

Dorota Mentecka-Janek



Powyższy artykuł miał premierę w najnowszym numerze "Nieco-dziennika etycznego", który w całości polecamy czytać na: http://renesansmedia.pl/

16 grudnia 2016

Świętujcie ateiści!

W Polsce Święta Bożego Narodzenia to wyjątkowy czas - czas wolnego od pracy, czas rodzinnych spotkań, wypraw do krewnych, pełen smacznych dań, na które czeka się cały rok, różnych klimatycznych elementów obrzędowych i dekoracyjnych, potężnej konsumpcji, prezentów, twórczości artystycznej... Święta dadzą się lubić. 

Święta dadzą się też bez problemu pozbawić warstwy religijnej, nic nie tracąc na swoim uroku. Wszelkie symbole i elementy, które kojarzymy z Bożym Narodzeniem, od choinki z bombkami, przez sianko pod obrusem, puste nakrycie na stole, prezenty, dzielenie się chlebem-opłatkiem, po nocne czuwanie (pasterkę) pochodzi bowiem z tradycji przedchrześcijańskich, z religii "pogańskich" zastanych na terenie Europy i wytępionych przez Kościół Katolicki. To do czego ludzie byli przywiązani, co lubili, bo było tradycją, nie dało się wyplenić, musiało więc zostać zaanektowane przez Kościół i zostać uznane za własne. Nawet data rzekomych narodzin Jezusa została ustanowiona tak, aby pokryć stare obrzędy związane z przesileniem zimowym - silne i magiczne święta, które fundują nam klimat bożonarodzeniowy po dziś dzień.

Bardzo łatwo przychodzi katolikom odmawiać prawa innym do obchodzenia tego święta. Wynika to pewnie z ich niewiedzy co do tego, że przesilenie zimowe (m.in. święta Jule, Święte Gody, Saturnalia) świętowane było w każdej kulturze i religii jaka istniała wcześniej. No dobrze, ale jakie prawo mają świętować ateiści?

Ateiści nie wierzą w bogów, nie wierzą w żadne siły mistyczne, ani w te, które kazały dawnym Słowianom czy Celtom bać się zwycięstwa nocy i modlić się o narodziny światła, ani w te, które każą wierzyć w zbawienie. Jakie więc mają prawo celebrować tego rodzaju czas niezwykły, który ma przyczyny w irracjonalnych strachach i magicznych pobudkach? 

Pozwala im na to to samo prawo, które pozwala im chodzić na bale halloweenowe, puszczać wianki w Noc Kupały czy lać wosk w Andrzejki - prawo do zabawy, prawo do czasu innego niż codzienność, prawo do zawieszenia zwyczajności. Tak jak żaden ateista nie wierzy w szatańską moc lampionu z dyni, jak nie wierzy w możliwość wywróżenia sobie męża, tak nie wierzy w konieczność odczarowania wiecznej nocy ani w wartość narodzin człowieka, którego okrzyknięto bogiem. I to jest właśnie najpiękniejsze świętowanie, jakie można sobie wyobrazić, gdyż jest ono najprzyjemniejsze, nieodnoszące się do strachu i poczucia winy, do pojęcia grzechu i ofiary, całkowicie zmysłowe, rozkoszne dla nosa, kubków smakowych i słuchu, oparte na kontakcie z drugim człowiekiem, na radości z czasu wolnego, czasu z rodziną, obdarowywania i dzielenia się.

To, że ateiści sięgają do symboli uważanych przez katolików za ich własne, a skradzionych przecież pradawnym kulturom, odbywa się na mocy tradycji, a nie prawdy religijnej. Każdy naród, każda kultura ma swoje odrębne zwyczaje bożonarodzeniowe, tak jak ma swoje zwyczaje wielkanocne i dotyczące świąt zmarłych, gdyż wszystkie te święta były obchodzone, a symbole używane na długo przed nadejściem chrześcijaństwa.

Dlatego, katoliku, zanim kiedykolwiek zaszydzisz z ateisty, że kupuje karpie (wigilijne przepisy nań wywodzą się z kuchni żydowskiej) i czekoladowe mikołaje (zafundowane przez coca-colę), że ubiera choinkę (święte drzewo germańskie i celtyckie, na którym według niektórych źródeł wieszano "ludzkie bombki" oraz słowiańska podłaźniczka) lub kładzie pusty talerz dla wędrowca (słowiański kult zmarłych) dowiedz się więcej o pochodzeniu tych zwyczajów i przemyśl, dlaczego Kościół po wiekach walki z nimi, musiał poddać się i pozwolić je kultywować.

A Ty, ateisto nie bój się bawić w dni, które urzędowo są wolne od pracy. Wszak folklor jest bardzo modny i uroczy, a czymże są te wszystkie elementy tradycji, w których magiczną moc żaden umysł racjonalny nie może wierzyć, jeśli nie zwykłym folklorem?  


Dorota Mentecka-Janek

05 grudnia 2016

Dlaczego warto chodzić na etykę?

Etyka to dodatkowy przedmiot szkolny. Etyka to dział filozofii zajmujący się rozważaniem postaw moralnych, różnych systemów wartości i sposób ich tworzenia.

Etyka w moim liceum odbywała się późnym popołudniem i choć pan Marek Nowosad, dziennikarz, który ją prowadził, nie był srogi w egzekwowaniu obecności, to na międzyklasową etykę wszyscy zapisani chodzili z chęcią. Późnym popołudniem, kilka godzin po lekcjach, bez obowiązku uczęszczania... Po co? - ktoś zapyta. Wtedy kusiła nas zapewne atmosfera i rzadko spotykane w szkolnictwie podejście nauczyciela do ucznia, który słuchał, szanował, był ciekawy myśli każdego z nas i wydawał się czerpać z nas tyle samo, co my z niego. Dziś wiem jeszcze, że był to najbardziej rozwijający i potrzebny przedmiot w całej naszej edukacji i wychowaniu.

W wieku nastu lat, gdy budowała się tożsamość, samodzielność myślenia, system wartości, ta lekcja była naszym ważnym bodźcem, naszym przymusem do rozważań, poddawania analizie, krytyce, poszukiwania odpowiedzi, rozumienia różnorodności... Tam nic nie było podane na tacy, nauczyciela nie wydawał sądów, nie prezentował gotowych ideologii. On rzucał temat lub pytanie i czekał na nasze myśli, na nasze kreowania, na nasze dyskusje, kłótnie, wymysły, wymiany poglądów i obserwacji. Stawał się moderatorem debaty etycznej w grupie nastolatków. Czasem proponował jakieś gry, zadania pomagające poznać siebie i zrozumieć innych. Zadawał nam mnóstwo prac do domu, które rozkładały na czynniki pierwsze całych nas, wymagały bowiem analizy naszych relacji z ludźmi, obserwacji społeczeństwa, introspekcji, rozmów z bliskimi, szczerości i samodzielności. Kiedyś rzucił nam na żywioł polityka (wtedy posła, a wcześniej prezydenta Elbląga, Witolda Gintowta-Dziewałtowskiego), abyśmy zadali mu nurtujące nas pytania o etykę jego zawodu. Innym razem skłonił nas do odkrycia tego, jak nasi rodzice fundowali naszą osobowość przez wychowanie. Podejmowaliśmy tematy drażliwe i medialne, jak eutanazja czy aborcja, ale i te dotyczące każdego z nas, jak nasze własne postawy rówieśnicze, nasze plany na życie i założenia, co do ich realizacji. 

Obecnie moja córka ma etykę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Uczy się o emocjach i zachowaniach, o różnorodności i tolerancji, o dbaniu o środowisko, o potrzebach wynikających z posiadania ciała, rozumu i uczuć, o szacunku wobec ludzi i świata, o walce ze słabościami... wszystko przez zabawę, bajki, rysunki, grafy. Adekwatnie do wieku. 

Etykę można też prowadzić przez przegląd zmieniających się w dziejach poglądów filozoficznych. Można skupić się na uczestnictwie w kulturze, czyli relacjach i miejscu jednostki w społeczeństwie. Można wyjść od psychologii i zrobić z niej trening osobowości, uczący autoanalizy i zachowań wobec innych w różnych sytuacjach. Można uczyć etyki przy pomocy religioznawstwa, kulturoznawstwa i antropologii kulturowej. Można skupić się na praktyce i działaniach wolontariackich, w celu budowania postaw obywatelskich. Można rozważać wielkie dylematy bioetyczne, polityczne czy historyczne, jakie nas obchodzą w obecnych czasach. Sposobów na prowadzenie zajęć etyki jest tyle, co nauczycieli. Trzeba jednak wiedzieć, że to bardzo pożyteczny przedmiot, który dobrze prowadzony uczy myśleć i buduje postawy świadome i społeczne. Nie stawiajmy go więc w opozycji do religii, ale doceńmy jego odrębność i twórzmy w szkołach takie warunki, żeby zachęcić jak największą liczbę uczniów do uczestnictwa w tych zajęciach. 

Obecnie na zajęcia etyki może zostać zapisany każdy uczeń, także uczęszczający na religię. Oceny z tych przedmiotów są niezależne i tak też muszą być oba te nieobowiązkowe zajęcia traktowane przy układaniu planu lekcji. Szkoła ma obowiązek organizacji lekcji etyki na żądanie rodziców lub pełnoletnich uczniów.

Materiały promocyjne fundacji wolność od religii.


Dorota Mentecka-Janek