18 stycznia 2017

Po śmierci zostanę... czyli co zrobić z ciałem, gdy nas już nie będzie

Życie po śmierci nie istnieje. Wiara w to, że świadomość może istnieć jako dusza i bytować gdzieś po śmierci organizmu, bez związku z materią jest po prostu mrzonką. Przyjęcie zaś takiego przekonania zmienia całkowicie podejście moralne do kwestii pochówku. Pośmiertne posiadanie własnego kawałka ziemi na cmentarzu z nagrobkiem z cennego kamienia, nawiedzanego przez pamiętającą rodzinę, która będzie zapalać na nim lampki pamięci i stawiać kwiaty, szorować z wosku i zamiatać z liści, staje się nawet nie tyle obojętne, co sprzeczne z poglądem o śmierci jako końcu życia. Racjonalistę pogodzonego z tym, że po śmierci przestanie być, cmentarze mogą przerażać, nie czymś mistycznym ani makabrycznym, ale kwestią całkowitej niepraktyczności ich istnienia, całe połacie ziemi pełne kamiennych płyt i krzyży. Znam starszych ludzi, którzy od prawie 20 lat utrzymują swój grób, opłacając miejsce, ale też pieląc, czyszcząc i odwiedzając  go regularnie... Może to jakaś metoda na oswajanie śmierci... a może jakaś straszna odmiana depresji... 

Postanowiłam zebrać dla Was sposoby, jak po śmierci można stać się czymś dobrym, czymś praktycznym i pożytecznym. Śmierć skończy Wasze świadome życie, ale może być też pięknym podsumowaniem Waszej humanistycznej postawy. 

HONOROWE DAWSTWO NARZĄDÓW

Nie żyjąc, możemy uratować życie innego człowieka. Możemy poprawić jakość tego życia, przedłużyć je lub posłużyć terapii, w szczególnych przypadkach ofiarujemy komuś po prostu drugie życie. Może nie tyle my, co genialni lekarze, ale za ich sprawą część nas, bezrozumna, lecz bardzo przydatna będzie żyła dłużej niż my.
Zgodnie z polskim prawem każda osoba, która nie zgłosiła za życia sprzeciwu w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów, jest traktowana jako potencjalny dawca narządów po śmierci. Przeszkodą okazuje się jednak często rodzina zmarłego. Warto nosić w portfelu deklarację woli. Można zgłosić się po specjalną plastikową kartę do fundacji i instytucji, które zajmują się promowaniem dawstwa i przeszczepów. Popularne są także sylikonowe bransoletki i tatuaże z pętlą przypominającą matematyczny znak nieskończoności zniekształcony jednostronnie w serce. Jednak oprócz formy wyrazu naszej woli, jaką wybierzemy za życia, najważniejsze jest tu poinformowanie wszystkich najbliższych o decyzji, jaką powzięliśmy, gdyż w tym przypadku, to oni ostatecznie wyrażą zgodę na transplantację. 

ŚWIADOMA DONACJA ZWŁOK

Plan numer dwa, nie wyklucza się z planem numer jeden. Gdy nic z nas nie przyda się już żyjącym, możemy poświęcić całą resztę nauce. Studenci uczelni medycznych muszą się na czymś wprawiać. Potrzebują zwłok do sekcji, do preparatów, które pokażą im, jak zbudowane są tkanki, komórki poszczególnych narządów. Na zwłokach dokonuje się eksperymentów, które pchają medycynę naprzód. Przez całe wieki człowiek był tajemnicą dla samego siebie, bo autopsja była zakazana. Możliwość zajrzenia do środka dokonała ogromnego postępu w badaniu, leczeniu, profilaktyce zdrowia i wiedzy o nas samych. 
Aby zostać dawcą zwłok po śmierci nie możemy liczyć na bliskich. Procedura jest tu bardzo jasna. Na stronach internetowych lub w sekretariatach uczelni medycznych można pobrać specjalny formularz. Należy go wypełnić i, co bardzo ważne, potwierdzić notarialnie. Tu również informujemy bliskich o naszej woli, zaś notarialnie potwierdzone oświadczenie składamy na wybranej uczelni. Po naszej śmierci, zwłoki zostaną odebrane przez uczelnię. Uroczystości pogrzebowe w takim przypadku odbywają się po dwóch latach, koszty ponosi uczelnia, a skremowane szczątki spoczywają w zbiorowej mogile hojnych donatorów. Nie ma jednak żadnego problemu, żeby rodzina urządziła sobie dowolne pożegnanie wcześniej i nawet ustanowiła grób czy miejsce w kolumbarium, w którym pochowa jakąś relikwię, dajmy na to: romantyczny pukiel włosów, jeśli nie podziela naszego zdania o obojętności wobec miejsca pochówku.

PO ŚMIERCI CHCĘ BYĆ DRZEWEM

Mamy w Polsce pewien problem z uwolnieniem się z odwiecznych zabobonów. Pewnie w związku z tym, tak trudno jest zmienić prawo o pochówku, obowiązujące niezmiennie od 1959 roku. W Polsce każdy zmarły musimy mieć grób, musi zostać pochowany. Skremowanych zwłok (prochy nie niosą zagrożeń epidemiologicznych) nie wolno przechowywać w urnie w domu czy rozsypać na polanie, nad morzem czy w lesie. Wielka to szkoda, gdyż taki romantyczny scenariusz "pogrzebu" pociąga bardzo wiele osób. To piękny symbol powrotu do natury, który czeka nas wszystkich, obojętnie, czy staniemy się pożywką dla bakterii i owadów jako pożywne gnijące w ziemi mięsko, czy też zmienimy się w gaz podczas spalania i kupkę prochu. Pamiętać trzeba o tym, że nawet jeśli wykona się wolę zmarłego i rozsypie prochy, to i tak trzeba mieć wykupione miejsce w kolumbarium czy w grobie na cmentarzu i dokonać pochówku pustej urny. Poza tym działanie takie, jako nielegalne, zagrożone jest karą aresztu lub grzywny. 
Obecnie coraz chętniej urny z prochami chowa się w kolumbariach. Jest to duża oszczędność miejsca, rozwiązanie skromne i estetyczne, które zmienia zwyczaje kultu zmarłych w Polsce.

Pięknym rozwiązaniem, które reklamuje już kilka polskich zakładów pogrzebowych jest bio urna, z której po śmierci, przy udziale naszych prochów, wyrośnie wybrane drzewo (lub inna roślina). 



Potrzeba jeszcze wielu lat, by taka forma pochówku została spopularyzowana i by powstały parki, w których te drzewa będą mogły faktycznie wzrastać. Czyż nie wspaniale byłoby ofiarować swoje szczątki jako pożywkę, nawóz dla organizmu tak potrzebnego światu, jak drzewo? Produkujące tlen, którym oddychają zwierzęta, oczyszczające powietrze z dwutlenku węgla, dające miejsce do życia, pożywienie i cień całej rzeszy drobnych organizmów, a tak niewiele różniące się swoim DNA od nas, ludzi?

BŁYSKOTKA

Ostatni przykład daleki jest od powyższych, szczytnych ideałów, jest w nim coś próżnego, ale i intymnego zarazem. Podaję go jako ciekawostkę. W niektórych krajach prochy po śmierci można przetworzyć w diament. Podobno są i w Polsce firmy, które robią coś takiego. Oczywiście i tutaj nie unikniemy obowiązku pochówku przynajmniej części prochów lub pustej urny. Taki "szlachetny" kamień można oprawić w biżuterię i nosić szczątki zmarłego ze sobą.


Słyszy się: "żeby tylko było komu na grób iść, znicz zapalić", "daleko mam swoich pochowanych, kto ich tam odwiedza?", "jak umrę, chodź na groby dziadków, bo jak ty nie zadbasz, to nikt nie zadba", "pochowaj mnie tu, żeby rodzina była blisko i komu o grób dbać"... Pamięć o zmarłym nie przekłada się na dbanie o grób. Potężny grobowiec czy bogaty pomnik rzadko pokrywa się z szacunkiem do zmarłego za życia. Polskie cmentarze to parki próżności, a program transplantologii wstrzymują zabobonne wierzenia Polaków. Może czas zweryfikować swój stosunek do tradycyjnego pochówku i kultu grobów?
Są zmarli, o których myślimy, choć nie byliśmy na ich grobach i jeśli się zastanowimy głęboko, to istnienie ich grobu jest bez znaczenia. Przykład prawie uniwersalny: Freddie Mercury, którego ćwierć wieku po śmierci kochają tłumy fanów, znających go za życia i nie, a który nie ma grobu, bo tak chciał. Istnienie grobu nie wzmocni pamięci o naszych bliskich, a czy jego brak może sprawić, że zapomnimy o kimś, kto był częścią naszego życia i o kim pamięć żyć będzie póki my żyjemy?


Dorota Mentecka-Janek

05 stycznia 2017

Dlaczego nie chrzcimy dzieci?

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może ujrzeć królestwa Bożego - tym słowom oraz opisowi działania, któremu miał się poddać trzydziestoletni Jezus, napotkawszy Jana nazwanego Chrzcicielem, jednego z licznych mesjaszów swoich czasów, przypisuje się genezę chrztu. 

Czymże jest ten magiczny rytuał polegający na zanurzeniu człowieka w wodzie, a dziś już tylko na pokropieniu nią czoła? Według Kościoła Katolickiego jest on duchowym aktem śmierci, pogrzebania i ponownych narodzin w Jezusie. Człowiek powtarza niejako śmierć Jezusa, by jak on zmartwychwstać, choć w odróżnieniu od niego jedynie duchowo, w tym wydarzeniu. Gest ten jest zarazem wyznaniem wiary, jak i darem wiary, oświeceniem w Duchu Świętym. 

Jak domyślają się nawet chrześcijanie, sama woda nie może mieć tego rodzaju mocy, gdyż jest jedynie płynnym związkiem dwóch pierwiastków, którego używamy regularnie do mycia głowy i zanurzania w nim naszego ciała, nie ryzykując przypadkowym ochrzczeniem się. Wierzący muszą więc widzieć mistyczną moc chrztu nie w wodzie, a w słowach wypowiadanych w czasie aktu oraz w samej woli bycia ochrzczonym. Niektóre odłamy chrześcijańskie uznają na tej podstawie chrzest w Duchu, który ma polegać na samoochrzeczeniu poprzez modlitwę i pragnienie bycia chrześcijaninem. 

Dlaczego więc chrzci się dzieci, które nie mogą mieć woli należenia do wspólnoty religijnej i woli zmartwychwstania w Chrystusie, a nawet woli bycia ubranym w niewygodne białe wdzianko i moczenia głowy publicznie? 

W 202 roku Septymiusz Sewer, wybrany wcześniej przez żołnierzy cesarzem rzymskim, zakazał konwersji na chrześcijaństwo i judaizm. Nie pierwszy i nie ostatni raz okazało się, że rygory mają moc odwrotną do zamierzonej. Zakaz zawsze wywołuje opór, dlatego nigdy nie posiądzie siły propagandy czy nawet edukacji. Rosnąca w siłę sekta chrześcijańska wymyśliła bowiem sposób na obejście radykalnego prawa. Skoro przejście dorosłych na nową religię ma być karane, trzeba chrzcić niemowlęta. Zrodzone i wychowane w wierze, ochrzczone niemal od urodzenia, nie będą wszakże konwertytami, zaś coraz popularniejsza pod jarzmem rzymskiej okupacji herezja judaistyczna zyska tłumy wyznawców. Tak Septymiusz, chcąc zdusić niebezpieczne trendy społeczne w zarodku, umocnił niechcący pozycję sekty obiecującej ludności zniewolonego narodu wolność... po śmierci. To nie koniec ironii tej historii, bowiem to Septymiusz rozpoczął odbudowę (nota bene zburzonego przez samego siebie) Bizancjum, a jego plan podchwyci w przyszłości Konstantyn Wielki, przemianowując niedoszłe dzieło Sewera na Konstantynopol i czyniąc je stolicą nowej oficjalnej religii, tak uparcie zwalczanej przez swoich poprzedników na tronie cesarstwa. 

Trudno uznać chrzest za wyznanie wiary, kiedy dotyczy on dziecka. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne wydaje się, aby chrzest był przyczyną wiary, jej darem, jak twierdzi Kościół. Jakże bowiem wytłumaczyć całą rzeszę ludzi, którzy mimo otrzymania tego daru wiary, dorastając, zyskując świadomość, ucząc się i zaczynając myśleć samodzielnie, spostrzegają w końcu brak boga, niemożliwość jego istnienia lub choćby kwestionują formę, jaką bogu nadał Kościół Katolicki? Przecież zmyto z nich grzech pierworodny i oświecono ich, jakże więc mogą wrócić do stanu, w którym bóg nie istnieje? 

Kto dzisiaj wierzy w mistykę chrztu, w to, że za sprawą wody i słowa dokonują się ponowne narodziny człowieka? Kto wierzy, że kąpiel i wierszyk mogą zapewnić zbawienie? Kto wierzy, że bez chrztu trafia się w nicość, otchłań, do piekła... a może tylko do czyśćca, o którym nie ma słowa w Biblii, bo Kościół wymyślił go w XII wieku, żeby zarobić na odpustach? W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że w XVIII wieku Kościół doszedł do wniosku, że dusze zmarłych dzieci nieochrzczonych znajdują się w otchłani, ale papież Benedykt XVI uznał to za niesprawdzoną „hipotezę teologiczną” i od kilku lat Kościół głosi, że istnieją "poważne podstawy teologiczne i liturgiczne do nadziei, że dzieci zmarłe bez chrztu doznają zbawienia i zażywają błogosławionego szczęścia". Myślę, że podobne „poważne podstawy teologiczne i liturgiczne do nadziei” kazały wymyślić czyściec i dogmat o niepokalanym poczęciu i wiecznym dziewictwie. „Podstawy do nadziei” nie brzmią jednak ani trochę poważnie w świecie weryfikowalnej nauki. 

Mimo działań Kościoła, usilnie palącego na stosach milowe kroki ludzkiej myśli, w tym dzieła swoich najwierniejszych przecież duchownych (np. Mikołaja Kopernika) czy nawet ich samych, żywcem (np. Giordano Bruno), mimo zaprzeczania początkowo odkryciom geograficznym (by potem wykorzystać je okrutnie), które po raz pierwszy ukazały świat niezgodny z Pismem Świętym, mimo bronienia się przed rewolucją naukową, teorią doboru naturalnego, odkryciami paleontologicznymi i antropologicznymi, podbojem kosmosu, tłumaczeniem Biblii na języki narodowe i jej analizie przez zwykłych ludzi, wbrew Inkwizycji, stosom i zakazom, człowiek jest nadal tym samym stworzeniem, którym był u zarania gatunku – bytem ciekawym, pytającym i szukającym odpowiedzi. Powszechność edukacji, swobodny przepływ informacji naukowych, globalizacja, indywidualizm i dobrobyt... sprawiły, że Kościołowi coraz trudniej przekonać ludzi, że cokolwiek w jego założeniach, regułach, historii, a nade wszystko w wierzeniach trzyma się kupy. 

Nawet w Polsce, gdzie Kościół Katolicki należy dziś nie tyle do porządku wierzeń, co tradycji, w ostatnich latach spada tendencja do chrzczenia dzieci. Argumenty są bardzo różne. Coraz więcej z nas jest po prostu ateistami i niechrzczenie jest dla nas naturalne. Coraz więcej z nas występuje z Kościoła nie tylko z powodu niewiary, ale i niezgody na działanie Kościoła poza prawem (brak jasnego rozliczania dochodów, systemu opodatkowania, chronienie sieci księży pedofilów), obłudy duchownych i coraz nachalniejszej ingerencji Episkopatu w życie publiczne i prywatne obywateli. Coraz więcej z nas, chce aby ich dzieci miały w dorosłym życiu wolny wybór – pasji, zawodu, partnera, miejsca do życia, a także światopoglądu i przynależności do wszelkich grup, także wyznaniowych. Wiele osób wierzących zaczyna rozumieć, że narzucenie niemowlęciu swojej religii jest tyranią. Natomiast pokutujący pogląd „ochrzcijmy, najwyżej potem zrezygnuje” okazał się chybiony w zderzeniu z rzeczywistością i trudnościami, jakie Kościół Katolicki w Polsce czyni osobom chcących wystąpić z jego struktur. Jest to bowiem jedyna instytucja, na którą organy władzy państwowej, a w tym Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, nie mają żadnego wpływu. Kościół bowiem, nawykły do zupełnego braku logiki i swobodnej interpretacji prawa, nie widzi powodu, aby wymazać ze swych ksiąg osoby deklarujące wystąpienie. Obawia się chyba, że jak nie będzie to zapisane, to wszechwiedzący Pan Bóg może zapomnieć, że „raz katolik, zawsze katolik” i komu należy się piekło... a może jedynie o to, że nagle okaże się kolosem na glinianych nogach, siłą znacznie wątlejszą niż ta, która rości sobie prawo do miliardów złotych rocznie z polskiego budżetu i wpływu na polską rzeczywistość, powołując się na statystyki ochrzczonych, czyli zapisanych do Kościoła.  

Jednym z efektów tej tendencji jest internetowa grupa „Nie chrzczę” powstała na Facebooku, jako miejsce wsparcia osób, które rozumieją, że chrzest dziecka nie daje nic, poza zawyżaniem faktycznej liczby wiernych Kościoła Katolickiego oraz stratą pieniędzy, tak prywatnych, jak i publicznych. Reprezentanci trzech tysięcy rodzin polskich dołączyli do tej pory do grupy, by wzajemnie wpierać się w świeckim wychowaniu, racjonalnym myśleniu i walce z oporami środowiska przeciwko takiej reformie. Członkowie grupy wierzą, że od ich własnych decyzji i budowania własnego systemu wartości zależy przyszła zmiana kulturowa, zmiana na lepsze. Któregoś dnia pójdzie za nią zmiana prawa i religia stanie się sprawą całkowicie intymną, a nie niszczącą polskie prawodawstwo i nasycając relacje społeczne absurdalnymi konfliktami.

Dorota Mentecka-Janek



Powyższy artykuł miał premierę w najnowszym numerze "Nieco-dziennika etycznego", który w całości polecamy czytać na: http://renesansmedia.pl/

16 grudnia 2016

Świętujcie ateiści!

W Polsce Święta Bożego Narodzenia to wyjątkowy czas - czas wolnego od pracy, czas rodzinnych spotkań, wypraw do krewnych, pełen smacznych dań, na które czeka się cały rok, różnych klimatycznych elementów obrzędowych i dekoracyjnych, potężnej konsumpcji, prezentów, twórczości artystycznej... Święta dadzą się lubić. 

Święta dadzą się też bez problemu pozbawić warstwy religijnej, nic nie tracąc na swoim uroku. Wszelkie symbole i elementy, które kojarzymy z Bożym Narodzeniem, od choinki z bombkami, przez sianko pod obrusem, puste nakrycie na stole, prezenty, dzielenie się chlebem-opłatkiem, po nocne czuwanie (pasterkę) pochodzi bowiem z tradycji przedchrześcijańskich, z religii "pogańskich" zastanych na terenie Europy i wytępionych przez Kościół Katolicki. To do czego ludzie byli przywiązani, co lubili, bo było tradycją, nie dało się wyplenić, musiało więc zostać zaanektowane przez Kościół i zostać uznane za własne. Nawet data rzekomych narodzin Jezusa została ustanowiona tak, aby pokryć stare obrzędy związane z przesileniem zimowym - silne i magiczne święta, które fundują nam klimat bożonarodzeniowy po dziś dzień.

Bardzo łatwo przychodzi katolikom odmawiać prawa innym do obchodzenia tego święta. Wynika to pewnie z ich niewiedzy co do tego, że przesilenie zimowe (m.in. święta Jule, Święte Gody, Saturnalia) świętowane było w każdej kulturze i religii jaka istniała wcześniej. No dobrze, ale jakie prawo mają świętować ateiści?

Ateiści nie wierzą w bogów, nie wierzą w żadne siły mistyczne, ani w te, które kazały dawnym Słowianom czy Celtom bać się zwycięstwa nocy i modlić się o narodziny światła, ani w te, które każą wierzyć w zbawienie. Jakie więc mają prawo celebrować tego rodzaju czas niezwykły, który ma przyczyny w irracjonalnych strachach i magicznych pobudkach? 

Pozwala im na to to samo prawo, które pozwala im chodzić na bale halloweenowe, puszczać wianki w Noc Kupały czy lać wosk w Andrzejki - prawo do zabawy, prawo do czasu innego niż codzienność, prawo do zawieszenia zwyczajności. Tak jak żaden ateista nie wierzy w szatańską moc lampionu z dyni, jak nie wierzy w możliwość wywróżenia sobie męża, tak nie wierzy w konieczność odczarowania wiecznej nocy ani w wartość narodzin człowieka, którego okrzyknięto bogiem. I to jest właśnie najpiękniejsze świętowanie, jakie można sobie wyobrazić, gdyż jest ono najprzyjemniejsze, nieodnoszące się do strachu i poczucia winy, do pojęcia grzechu i ofiary, całkowicie zmysłowe, rozkoszne dla nosa, kubków smakowych i słuchu, oparte na kontakcie z drugim człowiekiem, na radości z czasu wolnego, czasu z rodziną, obdarowywania i dzielenia się.

To, że ateiści sięgają do symboli uważanych przez katolików za ich własne, a skradzionych przecież pradawnym kulturom, odbywa się na mocy tradycji, a nie prawdy religijnej. Każdy naród, każda kultura ma swoje odrębne zwyczaje bożonarodzeniowe, tak jak ma swoje zwyczaje wielkanocne i dotyczące świąt zmarłych, gdyż wszystkie te święta były obchodzone, a symbole używane na długo przed nadejściem chrześcijaństwa.

Dlatego, katoliku, zanim kiedykolwiek zaszydzisz z ateisty, że kupuje karpie (wigilijne przepisy nań wywodzą się z kuchni żydowskiej) i czekoladowe mikołaje (zafundowane przez coca-colę), że ubiera choinkę (święte drzewo germańskie i celtyckie, na którym według niektórych źródeł wieszano "ludzkie bombki" oraz słowiańska podłaźniczka) lub kładzie pusty talerz dla wędrowca (słowiański kult zmarłych) dowiedz się więcej o pochodzeniu tych zwyczajów i przemyśl, dlaczego Kościół po wiekach walki z nimi, musiał poddać się i pozwolić je kultywować.

A Ty, ateisto nie bój się bawić w dni, które urzędowo są wolne od pracy. Wszak folklor jest bardzo modny i uroczy, a czymże są te wszystkie elementy tradycji, w których magiczną moc żaden umysł racjonalny nie może wierzyć, jeśli nie zwykłym folklorem?  


Dorota Mentecka-Janek

05 grudnia 2016

Dlaczego warto chodzić na etykę?

Etyka to dodatkowy przedmiot szkolny. Etyka to dział filozofii zajmujący się rozważaniem postaw moralnych, różnych systemów wartości i sposób ich tworzenia.

Etyka w moim liceum odbywała się późnym popołudniem i choć pan Marek Nowosad, dziennikarz, który ją prowadził, nie był srogi w egzekwowaniu obecności, to na międzyklasową etykę wszyscy zapisani chodzili z chęcią. Późnym popołudniem, kilka godzin po lekcjach, bez obowiązku uczęszczania... Po co? - ktoś zapyta. Wtedy kusiła nas zapewne atmosfera i rzadko spotykane w szkolnictwie podejście nauczyciela do ucznia, który słuchał, szanował, był ciekawy myśli każdego z nas i wydawał się czerpać z nas tyle samo, co my z niego. Dziś wiem jeszcze, że był to najbardziej rozwijający i potrzebny przedmiot w całej naszej edukacji i wychowaniu.

W wieku nastu lat, gdy budowała się tożsamość, samodzielność myślenia, system wartości, ta lekcja była naszym ważnym bodźcem, naszym przymusem do rozważań, poddawania analizie, krytyce, poszukiwania odpowiedzi, rozumienia różnorodności... Tam nic nie było podane na tacy, nauczyciela nie wydawał sądów, nie prezentował gotowych ideologii. On rzucał temat lub pytanie i czekał na nasze myśli, na nasze kreowania, na nasze dyskusje, kłótnie, wymysły, wymiany poglądów i obserwacji. Stawał się moderatorem debaty etycznej w grupie nastolatków. Czasem proponował jakieś gry, zadania pomagające poznać siebie i zrozumieć innych. Zadawał nam mnóstwo prac do domu, które rozkładały na czynniki pierwsze całych nas, wymagały bowiem analizy naszych relacji z ludźmi, obserwacji społeczeństwa, introspekcji, rozmów z bliskimi, szczerości i samodzielności. Kiedyś rzucił nam na żywioł polityka (wtedy posła, a wcześniej prezydenta Elbląga, Witolda Gintowta-Dziewałtowskiego), abyśmy zadali mu nurtujące nas pytania o etykę jego zawodu. Innym razem skłonił nas do odkrycia tego, jak nasi rodzice fundowali naszą osobowość przez wychowanie. Podejmowaliśmy tematy drażliwe i medialne, jak eutanazja czy aborcja, ale i te dotyczące każdego z nas, jak nasze własne postawy rówieśnicze, nasze plany na życie i założenia, co do ich realizacji. 

Obecnie moja córka ma etykę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Uczy się o emocjach i zachowaniach, o różnorodności i tolerancji, o dbaniu o środowisko, o potrzebach wynikających z posiadania ciała, rozumu i uczuć, o szacunku wobec ludzi i świata, o walce ze słabościami... wszystko przez zabawę, bajki, rysunki, grafy. Adekwatnie do wieku. 

Etykę można też prowadzić przez przegląd zmieniających się w dziejach poglądów filozoficznych. Można skupić się na uczestnictwie w kulturze, czyli relacjach i miejscu jednostki w społeczeństwie. Można wyjść od psychologii i zrobić z niej trening osobowości, uczący autoanalizy i zachowań wobec innych w różnych sytuacjach. Można uczyć etyki przy pomocy religioznawstwa, kulturoznawstwa i antropologii kulturowej. Można skupić się na praktyce i działaniach wolontariackich, w celu budowania postaw obywatelskich. Można rozważać wielkie dylematy bioetyczne, polityczne czy historyczne, jakie nas obchodzą w obecnych czasach. Sposobów na prowadzenie zajęć etyki jest tyle, co nauczycieli. Trzeba jednak wiedzieć, że to bardzo pożyteczny przedmiot, który dobrze prowadzony uczy myśleć i buduje postawy świadome i społeczne. Nie stawiajmy go więc w opozycji do religii, ale doceńmy jego odrębność i twórzmy w szkołach takie warunki, żeby zachęcić jak największą liczbę uczniów do uczestnictwa w tych zajęciach. 

Obecnie na zajęcia etyki może zostać zapisany każdy uczeń, także uczęszczający na religię. Oceny z tych przedmiotów są niezależne i tak też muszą być oba te nieobowiązkowe zajęcia traktowane przy układaniu planu lekcji. Szkoła ma obowiązek organizacji lekcji etyki na żądanie rodziców lub pełnoletnich uczniów.

Materiały promocyjne fundacji wolność od religii.


Dorota Mentecka-Janek

28 listopada 2016

Z wykopalisk wymarłej cywilizacji homo sapiens

W instytucie badawczym Wielki Magister Archeologii Stosowanej siedział właśnie nad zdjęciami fragmentów budowli dawnej cywilizacji homo sapiens. Mimo długich wieków studiów, nadal nie umiał zrozumieć życia tych dziwnych istot, po których niemal nic nie zostało w ziemskim pyle. Jego własny gatunek, homo nieznajomo, wydawał mu się daleko bardziej racjonalny, lepiej rozwinięty, ale zarazem nie tak skomplikowany. Nie umiał jednak wykluczyć, że jest w stanie nauczyć się czegoś, dzięki badaniu szczątków poprzedników, którzy przed milionami lat panowali na tej urodziwej planecie, komplikując wszystko do granic absurdu. Zamyślił się właśnie nad jakimś artefaktem nieznanego mu przeznaczenia, gdy do gabinetu wparował niesamowicie podniecony dziejokop, Kornelius w fioletowym fartuchu.

- W wykopaliskach prowadzonych na gruzach cywilizacji homo sapiens znaleźliśmy w końcu dowód, że była to kultura piśmienna!

- Znakomicie! Tak przypuszczaliśmy! Co odkryliście?

- Trzy różne dokumenty. Pierwszy to zaledwie nadpalona kartka mówiąca o jakimś Platonie, który musiał być czymś w rodzaju mędrca, autorytetu. Strzępek zawiera bardzo cenne informacje, które są dla nas przełomowe w badaniu cywilizacji naszych przodków. Otóż okazuje się, że kierowali się oni w życiu trzema zasadami – dobrem, pięknem i prawdą. 

- A cóż znaczyły te pojęcia?

- Rozszyfrowaliśmy, że dobro to postępowanie zgodnie z normami, mające przynosić maksimum pożytku, nie czynić zaś szkody. Piękno wiąże się ze zmysłowym odbieraniem świata, piękne jest to, co cechuje proporcjonalność, harmonia, stosowność i umiar. Zaś prawda to zgodność stwierdzeń z faktycznym stanem rzeczy. 

- O, to ciekawe... Cóż jeszcze głosił ten Platon? 

- Nie wiemy. Reszta dzieła spłonęła. Ale mamy jeszcze dwie księgi! I to całe! Bardzo obszerne. Przebadaliśmy je i chyba znaleźliśmy fundament kultury homo sapiens!!!

- Moja ciekawość sięga zenitu, a radość rozsadza mnie! Opowiadaj!

- Otóż mamy księgę, pełną mitycznych wierzeń, której główną postacią jest człowiek - niepozorny, dokonujący jednak wielkich czynów. Księga pełna jest opisów rzeczy, które bez wątpienia homo sapiens uznawali za piękne, bo nawet nam łechcą mile zmysły. Nie mamy też powodów, by zarzucać sapiensom niezgodność treści księgi z prawdą, a na pewno nic, co odkryliśmy do tej pory nie przeczy prawu do takich ich wierzeń. Co jednak najistotniejsze – dobro wygrywa tu ze złem w całej okazałości! Na okładce książki widnieją symbole, które możemy uznać za sprawą zgromadzonych do tej pory danych za podniosłe, być może wskazujące na kult religijny. Wiesz, o Wielki Magistrze, jak sapiensowie cenili sobie złoto, ten mało praktyczny pierwiastek dający żółty blask, wiesz również, co symbolizowało dla nich oko, a nade wszystko, jak byli zwariowani na punkcie tej banalnej figury, jaką jest koło. Uważali ją za doskonałą! Otóż na okładce księgi widnieje złoty okrąg z okiem w środku oraz tytuł, będący przypuszczalnie nazwą ich bóstwa, Lord of the Rings, czyli, na ile umiemy to dobrze przetłumaczyć - Pan Kółek

- To wiekopomne odkrycie, Korneliusie! Jakże się cieszę, że doczekałem tego dnia! No a trzecia księga?

- Trzecia księga była dla nas twardym orzechem do zgryzienia. Pozostaje ona bowiem w sprzeczności z pozostałymi dwoma źródłami. Pełno w niej rzeczy nie-pięknych, nie-dobrych i nie-prawdziwych. Zdaje się przeczyć rozumowi na każdym kroku. Ofiary, jakie ponoszą w niej ludzie są bezzasadne. Okrucieństwo, jakie opisuje jest nieznane nam z żadnej zbadanej cywilizacji. Po poznaniu poprzednich dwóch, zwątpiliśmy nawet, czy to na pewno dzieło homo sapiens. Występuje w nim bóstwo złe i łaknące krwi, które morduje całe miasta, rodziny, nawet dzieci. Mnóstwo tu przemocy, szczególnie wobec samic gatunku sapiens, niewoli, więzienia, zniszczenia... Cała księga jest bardzo niespójna, chaotyczna. Jest tu bardzo dużo praw zupełnie niepraktycznych społecznie i ekonomicznie, i z naszych wykopalisk wiemy, że nieprzestrzeganych przez homo sapiens. Nie możemy więc przypuszczać, że ludzie brali tę książkę na serio. Może w ogóle była mało znana, niepopularna, albo były to jakieś bujdy, wymysły. Pod koniec występuje tam opowieść o człowieku, który może nawet pasowałby do tych zasad Platona, ale zostaje poddany okrutnym torturom i mordowi, które zdają się być głównym sensem jego życia i o które sam się prosił. Potem występuje jeszcze potworny opis końca świata, taka chorobliwa fantazja, która przewyższa swą brzydotą prawdziwy kres kultury sapiensów... Na okładce zaś widnieje krzyż, czyli dwa odcinki przecinające się pod kątem prostym, a tu - narzędzie kaźni, na którym ginie jeden z setek bohaterów tej książki. Uważamy, że to jest wytwór wyobraźni, fantazja, odbiegająca od stanu faktycznego, więc zupełnie nieprawdziwa. 

- To interesujące. A czy rozważyliście hipotezę, że w cywilizacji homo sapiens mogły istnieć różne kultury? I że to za sprawą konfliktu doszło do unicestwienia całego gatunku?

- Konfliktu między wyznawcami dobra-piękna-prawdy a wyznawcami morderczego bóstwa?  

- Jest to jakaś hipoteza. Być może dalsze wykopaliska powiedzą nam czy prawdziwa...

Wielki Magister spojrzał zamyślony na fotografie artefaktów leżące przed nim na stole. Wzrok jego spoczął na zdjęciu ukazującym niedawno wykopany obiekt – drzwi z przyczepionym do nich małym błyszczącym kółeczkiem. Czyżby były to drzwi do świątyni homo sapiens? Jaka zagadka mogła czekać za tymi drzwiami i co powiedziałaby nam o tej zapomnianej cywilizacji?



Dorota Mentecka-Janek
gatunek ssaka

23 listopada 2016

Moralność z religią i bez

Czy ateista może być moralny? Co to jest moralność? Czy jest to system norm o charakterze etycznym? Zbiór przepisów, których należy przestrzegać, aby być dobrym człowiekiem? Czy raczej poziom ich przestrzegania, reakcja człowieka na otaczający go świat, na życie, które stawia go w zaskakujących, często niebezpiecznych sytuacjach? Czy można powiedzieć o człowieku, że jest moralny tylko dlatego, że żyjąc w złotej klatce, twierdzi, że nie zabija, nie cudzołoży i nie kradnie? Mimo, że nigdy nie był wystawiony na możliwość popełnienie któregokolwiek z tych czynów?

Według mnie moralność to właśnie sposób reagowania człowieka na to, co stawia przed nim życie. Nie zakładam moralności a priori, ale rozpatruję ją a posteriori. Oczywiście, ważne jest istnienie pewnych norm, zasad, ale te nazywam konstytucją, prawem karnymi, swoimi przekonaniami.
Podobnie jest z kulturami. Nie sposób ocenić poziomu moralnego kultury, ponieważ (poza brakiem obiektywnych kryteriów) samo istnienie norm moralnych w społeczeństwie nie świadczy o ich przestrzeganiu i "moralnym prowadzeniu się" jego członków. Można powiedzieć, że dana kultura jest bardziej purytańska, ale nie bardziej moralna.

Czy jesteśmy w stanie stwierdzić, że ktoś jest bardziej moralnym człowiekiem od innego? Dla mnie najwyższą wartością w relacjach międzyludzkich (które w granicach normalności przecież nie są regulowane przez kodeks karny) jest szczerość i bezpośredniość przekazu. Mówię co myślę. W jak najlepszy sposób, ale nigdy nie pozostawiam niedopowiedzeń. Dla mnie mówienie wprost, co się myśli jest dobrem, a więc jest moralne. Niedopowiedzenia są niemoralne. Moja znajoma (katoliczka) uważa, że mówienie ludziom prawdy krzywdzi ich. Że nie zawsze szczerość jest dobrem. Ona natomiast jednoznacznie ocenia seks przed ślubem: on jest dla niej niemoralny, nawet jeśli miałby dotyczyć osób, które mimo że jeszcze ślubu nie mają będą całe życie ze sobą. Dla mnie nie ma żadnego zabarwienia moralnego kwestia, czy życie seksualne rozpoczyna się przed czy po ślubie. Która z nas jest bardziej moralna? To wszystko zależy od kryteriów moralnych jakie przyjmiemy. 

Nie ma moralności obiektywnej. Nie ma moralności bez przymiotnika. Moralność nie istnieje w naturze. Co więcej – natura w żadnej ze znanych kultur nie mogłaby uchodzić za nieskazitelną moralnie. Wszystkie normy moralne w historii tworzone były przez człowieka, by bronić jego interesów. Człowiek jest egocentrystą. Nasze życie jest najwyższą wartością, a nasza moralność jedyną słusznością moralnością. W ocenie ludzi stosujemy swoje kryteria moralne, swoje zasady. Póki jesteśmy nieskazitelni, łatwiej jest nam surowo oceniać innych. Kiedy nam zdarzy się wpadka moralna, bywamy ostrożniejsi w osądach. 

Tak samo -centryczne są kultury. Każda kultura uznaje swoje normy i zasady za nadrzędne i na ich podstawie rozlicza inne społeczeństwa, często dochodząc do (niesłusznych) wniosków, że dana kultura jest na niższym etapie rozwoju moralnego, ergo rozwoju kultury, ergo: można jej zanieść kaganek (czyt. kaganiec) oświaty i moralności i ją sobie podporządkować. To robi Euroameryka ze swoją wspaniale moralną demokracją, która pasuje do natury człowieka i większości istniejących społeczeństw, jak wół do karety, ale cóż, skoro stwierdziliśmy, że jest dobra, to ma być dobra! 

Bezpodstawne jest ocenianie innych na podstawie własnej moralności. Bezpodstawne jest tworzenie drabiny rozwoju moralnego społeczeństw i umieszczanie na niej poszczególnych kultur. Bezpodstawne jest rozpatrywanie zachowań ludów historycznych, zachowań ludzi w obozach koncentracyjnych czy żołnierzy SS moralnością nas dzisiejszych, żyjących w spokojnej części Europy. Jest to dyskryminacja i narzucanie swojego punktu widzenia. Po to mamy prawo, aby wydawało wyroki za czyny, które zakłócają prawidłowe działanie społeczeństwa. Ale przyszywanie łatki „dobry”, „zły” nic pozytywnego nie daje. Nie ma obiektywnych zasad moralnych. Są tylko takie, które ktoś za obiektywne uważa. Na mocy prawa karnego. Na mocy prawa boskiego. 

Osoby wierzące często walczą o przestrzeganie swojej moralności przez innych, ponieważ ta pochodzi od Absolutu. Kto w niego nie wierzy, ten błądzi. Co więcej – kto w niego nie wierzy ten zapewne tych norm nie przestrzega, bo odrzuca je razem z wiarą w bóstwo. Nic bardziej mylnego – wszystkie prawdy objawione przez bogów istniały wcześniej, były wypracowywane przez lata współistnienia ludzi w społeczeństwach. Bez udziału bogów. A czym różni się moralność religijna od moralności racjonalistycznej? Pierwsza jest całkowicie narzucona, okupiona poczuciem winy i strachem przed grzechem. Jest jednak względna i dość sytuacyjna. Ponieważ w wielu religiach istnieje coś takiego jak miłosierdzie… którym kieruje się Absolut. Absolut potrafi wybaczać zło, jeżeli jest ono czynione w Jego imię, lub jeśli „złoczyńca” skruszeje. Spowiedź, pokuta, rozgrzeszenie… Sama instytucja Kościoła katolickiego, będącego specjalistą od tworzenia moralności „obiektywnej”, decydowaniem co jest dobre (dobry uczynek), a co złe (grzech), dystrybuowaniem winy i strachu, nie może pochwalić się nieskazitelną moralnością. Inkwizycja, krucjaty, wspieranie reżimów, krwawe misje nawracania pogan, udział w ludobójstwach, pedofilia – to nie są tylko czyny jednostek, ale działania systemowe, które chyba tylko Bóg jest w stanie wybaczyć. Nie oceniam Kościoła narzucając swoją moralność. Biorę pod uwagę najwyższą wartość chrześcijaństwa: życie ludzkie będące darem Boga oraz przykazanie miłości wygłoszone przez Jezusa Chrystusa – dość ważną dla Kościoła katolickiego postać. 

A co z moralnością ateisty? Ten nie wierzy w moralność obiektywną, transcendentalną. Sam musi dotrzeć ścieżką rozmyślań do swej „moralności”, do wartości, które są dla niego nadrzędne, do sposobu, w jaki ma żyć. I jeżeli stworzy sobie zasady, a potem je złamie… zostaje z tym do końca życia. I może wybaczyć tylko sam sobie, co wiadomo jest najtrudniejsze.

Jak Bóg pomagał Hutu zwalczyć wroga

W niedzielę świat obiegła informacja o tym, że biskupi rwandyjscy przeprosili za rolę Kościoła katolickiego w ludobójstwie z 1994 roku. Rodziny przeszło 800 tysięcy ofiar doczekały się tego, na co czekały 22 lata. I to nie tylko one, ale cały świat. Tylko, czy po tylu latach świat pamięta, o jakich wydarzeniach mowa? A są to jedne z tych wydarzeń, o których świat nigdy nie powinien zapomnieć…

Rwanda to państwo we wschodniej Afryce, na terenie którego od wieków mieszkają 3 ludy: Hutu (stanowiący większość – nawet 90 %), Tutsi i Twa (niewielki odsetek ludności). Są to ludy, których odrębności nie potrafią wyjaśnić etnografowie i etnolodzy. Obiektywnie i w uproszeniu różni ich chyba tylko to, że historycznie: Twa to łowcy, Hutu – rolnicy, a Tutsi – hodowcy bydła. Współczesny podział na te trzy grupy jest natomiast sztuczny i dokonany przez kolonizatorów na podstawie cech morfologicznych oraz statutu materialnego ludności. Oznacza to, że obecna granica podziałów nie ma wiele wspólnego z pierwotnymi różnicami ludów zamieszkujących to terytorium.

Rwandę w 1885 roku skolonizowali Niemcy, natomiast po I wojnie światowej przypadła ona Belgom. Kolejni kolonizatorzy chętnie pielęgnowali podziały, przyznając władzę i wykształcenie wyselekcjonowanym przez siebie elitom Tutsi. W 1900 roku w Rwandzie pojawiły się pierwsze misje katolickie, których celem było jak najsilniejsze związanie się z i wpływanie na warstwy rządzące, aby w ten sposób rozprzestrzeniać nową „wiarę”. Kościół użył znakomitych i sprawdzonych już wielokrotnie chwytów, m. in. fundował edukację, służbę zdrowia czy wreszcie kanonizował, ku uciesze ludu, dwóch tubylczych biskupów. Dzielił i rządził. Dawał komu chciał, komu chciał – zabierał. Wszystko, co dobre otrzymywali bogatsi Tutsi, którzy stanowili warstwę rządzącą, Hutu byli traktowani jako robotnicy-wyrobnicy, natomiast Twa byli nic nieznaczącym "pigmenoidalnym marginesem społecznym".

Sytuacja zmieniła się po II wojnie światowej, gdy do Rwandy dotarło nowe pokolenie misjonarzy wraz z ideą demokratyzacji społeczeństwa. Zaczęli oni kwestionować zastane podziały. Co więcej, zaczęli wspierać młodych Hutu. W końcu to oni zaczęli się uczyć, kształcić. Aż w 1959 roku doszło do wybuchu powstania chłopskiego przeciwko władzy Tutsi, które przerodziło się w wojnę domową zakończoną przejęciem władzy przez Hutu. Wraz z końcem wojny upadła również koncepcja demokracji społecznej. Po wojnie role po prostu się odwróciły. Teraz to Hutu dyskryminowali Tutsi. Hutu wspierani przez Kościół, tak jak jeszcze niedawno Tutsi. Pozycja Kościoła katolickiego umocniła się jeszcze bardziej w porównaniu do sytuacji sprzed wojny. Nie byli rzadkością dostojnicy kościelni należący do partii rządzącej, a do najwyższych funkcji dopuszczane były tylko osoby nowowykształcone przez Kościół. Kościół posiadał faktyczną władzę również z mocy finansowania wszelkich sfer w Rwandzie: od edukacji, poprzez służbę zdrowia, aż do gospodarki.

Kościół katolicki od początku swojego istnienia w Rwandzie nie starał się zlikwidować podziałów, nierówności i dyskryminacji. Można śmiało powiedzieć, że pielęgnował je również w swoich strukturach. Po 1959 Tutsi mógł być księdzem, ale jedynie „zwykłym”, „szeregowym”. Nie mogli piąć się po stopniach hierarchii kościelnej. Jaskrawym przykładem jest postać Feliciana Murara, księdza, który otrzymał z Watykanu nominację na biskupa, ale pod naciskami biskupów rwandyjskich (Hutu) odrzucił ją. 

W takiej atmosferze minęło 30 lat, podczas  których dochodziło do konfliktów między Hutu i Tutsi, do mniejszych i większych rzezi. Wtedy ludzie szukali schronienia w kościołach. Zazwyczaj tam je znajdowali. Do czasu…

W 1990 roku zaczyna się kolejny etap konfliktu między Tutsi i Hutu - wojna domowa, wywołana przez partyzancką armię Tutsi (RFP - Rwandyjski Front Patriotyczny). W 1993 prezydent Habyarimana (Hutu) zostaje zmuszony przez sąsiednie kraje do podpisania porozumienia z partyzantami. Część Hutu traktuje je jako zdradę wartości swego ludu. 6 kwietnia 1994 prezydent ginie w zamachu, o który zostaje oskarżony RFP. Pochodzenie zamachowca do dziś nie jest znane, a patrząc na rozmach organizacyjny (m.in. zakup za państwowe pieniądze ogromnej ilości maczet z Chin czy szkolenia młodych Hutu w skutecznym zabijaniu nimi) wydarzeń , które miały miejsce następnego dnia można podejrzewać, że zamach był prowokacją przygotowaną przez radykalnych Hutu. 

7 kwietnia podczas audycji w radio RTLM pada zaszyfrowane zdanie, będące hasłem do rozpoczęcia masakry: „Ściąć wysokie drzewa”, a w niecałe 100 dni w bestialski sposób życie traci przeszło 800 000 ludzi. W pierwszej kolejności mordowane są dzieci, kobiety, starcy i Tutsi związani z Kościołem katolickim. A Kościół rwandyjski w tym czasie… popiera ekstremistyczny rząd Hutu. Kościół rwandyjski przez te 100 dni (jak i pewnie w całej swej historii) nie dbał o swoich wiernych, o owieczki potrzebujące pasterza, a o swoje interesy. Dopiero po 10 dniach, po tysiącach śmierci Kościół wezwał do zaprzestania mordów, o które oskarżył zarówno radykalnych Hutu, jak i Tutsi z RFP. Po kolejnym miesiącu, gdy cała Rwanda spływała krwią niewinnych, Kościół zaapelował o zakończenie… wojny. Wojny domowej. Bo Kościół nie uznał tego za ludobójstwo, wciąż widząc równowagę we wzajemnym zabijaniu się Hutu i Tutsi. 

W tym czasie w Watykanie papież Jan Paweł II zaapelował o zaprzestanie zbrodni. Modlił się i nawoływał. Ale chyba niezbyt głośno, bo nawoływanie jego nie dobiegło uszu rwandyjskich biskupów, rządu, nawet narodu. Może dlatego, że równocześnie zajęty był od dwóch lat równie mało słyszalnym nawoływaniem do zakończenia bratobójczej wojny w Bośni.

Wołania papieża nie słyszał naród rwandyjski. Słyszał za to audycje radia RTLM, które chętnie powoływało się na Boga. „Bóg pomoże Hutu zwalczyć wroga”. Propaganda Hutu grała Bogiem, jak Jokerem. Ona to, w połączeniu z milczeniem Kościoła, powodowała, że ludzie czynili zło dalej. Czuli, że Bóg legitymizuje tę władzę, więc i tę zbrodnię. Zdarzało się, że Hutu w jednym ręku z krzyżem, maczetą w drugiej katował na śmierć Tutsi. Po czym modlił się na mszy w kościele.

Kościoły stały się również miejscem masakry - dały schronienie przerażony wiernym Tutsi, by potem wydać ich na żer Hutu. Biali misjonarze ewakuowali się bezpiecznie, zostawiając kościoły pełne bezbronnych uciekinierów, otoczonych zabójcami. Księża Tutsi ginęli wraz z wiernymi, zaś księża Hutu wydawali bliźnich i pomagali ich mordować. W kościele w Nyange ukryło się 1500 osób. Proboszcz parafii, Athanasy Seromba, wyrzucił ich ze świątyni, gdy tę otoczyło uzbrojone w maczety wojsko. Przez kilka dni żołnierze wymordowywali dzieci, kobiety, mężczyzn szukających azylu w domu bożym, u bożego sługi. Na koniec, za namową Seromby zrównano kościół z ziemią. Rzeź przeżyła jedna osoba. 

Seromba po „wojnie” uciekł z Rwandy i był ukrywany przez Kościół w kolejnych parafiach. Gdy został postawiony w stan oskarżenia przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy, Włochy pod presją Watykanu nie zgodziły się na jego ekstradycję. W końcu sam poddał się wyrokowi dożywotniego więzienia, ale nawet wtedy Kościół nie wyciągnął wobec niego konsekwencji prawa kanonicznego. Mógł dalej czynić swą posługę.

Podobnie Kościół odsuwał winę od sióstr benedyktynek – Consolate Muhangango i Julienne Mukabutera – skazanych na 15 i 12 lat więzienia za udział w innej masakrze. 

Takich przykładów jest znacznie więcej. Oczywiście są z drugiej strony przykłady księży i zakonnic pomagających Tutsi, ginących z nimi. Jest ich niewiele i są raczej świadectwem wartości poszczególnych jednostek, osób, a nie cnót kleru katolickiego jako takiego. Kościół wielokrotnie potem powtarzał, że nie może odpowiadać za winy swych członków. Zapewne. Ale Rwandyjczycy twierdzą, ze Kościół katolicki był jedyną siłą, która mogła masakrze zapobiec. A jeśli nawet nie zapobiec, to na pewno ją zatrzymać. 

Po 1994 roku w Rwandzie spada zaufanie do Kościoła katolickiego. Coraz mniej wiernych, chrztów, powołań. Coraz bardziej popularny staje się islam. Czy to właśnie te uciekające „dusze” skłoniły Kościół rwandyjski do tego, co uczynił w niedzielę?

20 listopada 2016 roku Konferencja Biskupów Katolickich w Rwandzie przeprosiła za rolę, jaką odegrał Kościół katolicki w ludobójstwie Tutsi i Hutu w 1994 roku. Za to, że członkowie Kościoła wspierali, planowali oraz dopuszczali się zbrodni podczas masakry na ludności tubylczej. Przeprosił słowami, którymi mógłby przeprosić za całą swoją historią. Za całe swoje istnienie:

"Przepraszamy za wszelkie krzywdy wyrządzone przez Kościół. Przepraszamy w imieniu wszystkich chrześcijan za wyrządzone przez nas zło w każdej formie. Żałujemy, że przedstawiciele Kościoła złamali przysięgę posłuszeństwa wobec Bożych przykazań."

Marta Mentecka